Wielkopolska Izba Rolnicza
Wielkopolska Izba Rolnicza

Co dalej z ubezpieczeniami dotowanymi?

Wraz z nadejściem wiosny i tym samym nowego sezonu wegetacyjnego powraca dyskusja na temat ubezpieczeń w polskim rolnictwie. Podkreśla się, iż nasz kraj charakteryzuje bardzo niski odsetek ubezpieczonych upraw i zwierząt. Przyczynę tego stanu rzeczy upatruje się w tzw. niewielkiej świadomości ubezpieczeniowej rolników. Czy jest to jednak rzeczywista przyczyna? Warto zatem zastanowić się nad obiektywną oceną rozwiązań systemowych kształtujących polski rynek ubezpieczeń rolnych.

7 lipca 2005 r. parlament przyjął, mimo szeregu uwag zgłaszanych przez Izby Rolnicze, długo oczekiwaną ustawę o dotowanych ubezpieczeniach upraw rolnych i zwierząt hodowlanych. Przyjęta w pośpiechu, stanowić miała kompleksowe rozwiązanie kilku ważnych kwestii - przede wszystkim upowszechnienia ubezpieczeń upraw i zwierząt od klęsk elementarnych oraz jednocześnie odciążenia budżetu państwa od konieczności pomocy nie ubezpieczonym wcześniej rolnikom. Przeznaczone przez państwo dotacje wyniosły 60% lecz nie mniej niż 50% składki ubezpieczeniowej w przypadku upraw oraz 50% lecz nie mniej niż 40% w przypadku zwierząt. Ustalono również maksymalne limity stopy składki podlegającej dotacjom: uprawy - 3,5% sumy ubezpieczenia (lub 5% w przypadku owoców, warzyw i niektórych upraw), zwierzęta - 0,5%. Rozwiązania uchwalone przez Sejm miały definitywnie rozwiązać problemy "nie ubezpieczonego" polskiego rolnictwa.

Tymczasem, po 7 latach funkcjonowania ustawy jej efekty okazały się bardzo mizerne. Zakładana przez ustawodawcę "powszechność" ubezpieczeń upraw i zwierząt de facto nie zaistniała. Biorąc bowiem pod uwagę wszystkie użytki rolne objęte dopłatami bezpośrednimi, tylko około 20% z nich objętych jest obecnie ubezpieczeniami w systemie dotowanym. Gdy odejmiemy od tych gruntów użytki zielone - zostanie nam zaledwie mniej niż 10% areału ubezpieczonego w tej formie. Brak spełnienia zasady powszechności implikuje z kolei wzrost kosztów pomocy poszkodowanym, które pokrywane muszą być z budżetu państwa i środków samorządowych. Świadczy to, iż ustawa w przyjętym wówczas kształcie, kompletnie nie spełnia zakładanych przez siebie celów, pozostając do dziś legislacyjnym bublem.

Naturalnie powstaje pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy. Mają one oczywiście wielowymiarowy charakter. Najogólniej rzecz ujmując ustawa nie zapewnia równowagi pomiędzy interesami rolników, państwa i ubezpieczycieli. W efekcie zakładom ubezpieczeniowym nie opłaca się ubezpieczać w tym systemie, upraw i zwierząt należących do rolników, które są "powszechnie" nie ubezpieczone, a państwo i samorządy i tak muszą przeznaczać nie małe środki budżetowe na pomoc poszkodowanym.

Przejdźmy teraz do szczegółów. Przede wszystkim ustawa daje ubezpieczycielowi możliwość odmowy przyjęcia upraw do ubezpieczenia. Naturalnie zatem, zakłady ubezpieczeń, kierując się wynikiem technicznym ubezpieczenia, czy mówiąc bardziej kolokwialnie, zyskiem - nie są zainteresowane ubezpieczaniem tzw. "terenów szkodowych": narażonych na suszę, znajdujących się w depresjach, na obszarach zalewowych, czy leżących na tzw. pasach gradowych. Najchętniej ubezpieczano by oczywiście obszary o znikomej częstości występowania szkód. Z kolei rolnicy z tych terenów, co naturalne, niechętnie garną się do ubezpieczenia. To sprawia, że zakładana w systemie powszechność jest, jak pokazują dane - fikcją. Godzi to w podstawową ideę ubezpieczeń, gdzie w miarę wzrostu liczby ubezpieczonych, następuje tzw. rozproszenie ryzyka i wzrost opłacalności ubezpieczeń. Ubezpieczyciele mogą wówczas obniżać składkę, a nawet bardziej pobłażliwe podchodzić do oceny ryzyka ubezpieczeniowego. Kształt dzisiejszej ustawy daje efekt odwrotny.

Kolejna kardynalna wada tego aktu prawnego to zapis, warunkujący dotację jeżeli składka oszacowana przez zakład ubezpieczeń nie przekroczy limitu 6% sumy ubezpieczenia. Zakłady ubezpieczeń mają przy tym pełną swobodę kształtowania stawek i przez to, w zasadzie one dyktują warunki na tym rynku. Na przykład, jeśli ubezpieczyciel w danym roku uważa ryzyko ubezpieczenia upraw za zbyt wysokie, podnosi stawki ponad założony przez państwo limit wykluczając tym samym jakąkolwiek dotację. Nie widzę przeciwwskazań, aby budżet państwa finansował 50% składki z "ustawowych" 3,5% lub 5% sumy ubezpieczenia, a resztę - także powyżej progu 6% - w całości pokrywałby zainteresowany. To znacznie uelastyczniłoby system, obniżyło rolnikowi koszty ubezpieczenia i zwiększyło opłacalność dla ubezpieczyciela. Dziś, gdy zakład ubezpieczeń zażąda składki powyżej ustalonego limitu - całość musi pokryć rolnik z własnej kieszeni.

Dotowane ubezpieczenie zwierząt hodowlanych również nie grzeszy doskonałością. Obarczone wyżej opisanymi wadami ma dodatkową przypadłość. Za pozornie niską składką (0,5% wartości zwierzęta) kryje się bardzo ubogi zakres ochrony. Zwierzęta objęte są bowiem, ochroną od tzw. ryzyk elementarnych: ognia, pioruna, deszczu, gradu, powodzi, itp. Na palcach jednej ręki można policzyć zwierzęta ginące rokrocznie od uderzenia piorunu, czy gradu. W katalogu ryzyk nie ma natomiast najbardziej pożądanego przez hodowców - "padnięcia i uboju z konieczności". To sprawia, iż rolnicy nazywają to ubezpieczenie "od niczego". Byliby oni w stanie zapłacić wyższą składkę, gdyby obejmowało ono właśnie "padnięcie i ubój z konieczności".

Konkludując, ustawa w tym kształcie, jeśli ma spełniać swoje społeczne cele, wymaga bezsprzecznie nowelizacji. Przede wszystkim należy zaproponować rozwiązania promujące, czy wręcz wymuszające powszechność systemu.

Wiąże się to z koniecznością ustanowienia bezwarunkowego przyjmowania do ubezpieczenia przez zakłady ubezpieczeń upraw na każdym terenie i bez oględzin. Na wzrost liczby ubezpieczonych można by także wpłynąć poprzez powiązanie ubezpieczeń dotowanych z wnioskami obszarowymi, które składają rolnicy w celu otrzymania dopłat bezpośrednich. Na wnioskach tych znajdują się bowiem wszystkie niezbędne dane potrzebne do ubezpieczenia (dane osobowe, wielkość działki rolnej, rodzaj uprawy). Suma ubezpieczenia i składka wyliczane byłaby automatycznie w oparciu o przyjęte uśrednione w skali kraju, bądź województwa wydajności i ceny. Automatyzm zawierania tych ubezpieczeń wpłynąłby na powszechność systemu, a zwiększające się wówczas koszty ubezpieczycieli rekompensowane byłyby z nawiązką, dzięki rosnącej liczbie ubezpieczonych rolników. Powiązanie ubezpieczeń dotowanych z wnioskami obszarowymi generuje kolejną korzyść - eliminacje, bądź radykalne ograniczenie, kosztów pośrednictwa ubezpieczeniowego, które w tym przypadku wynoszą od 20% do 25% składki. Cały system rozliczeń prowadziłaby poprzez swoje struktury ARiMR. Wzrosłaby zatem wyraźnie opłacalność tych ubezpieczeń.

Koniecznie należy zrezygnować z zapisu mówiącego, że rolnik nie otrzyma dotacji, gdy stawka taryfowa (cena ubezpieczenia) przekroczy 6% sumy ubezpieczenia. Przecież rolnik nie ma żadnego wpływu na kształtowanie wysokości stawek przez ubezpieczycieli (sic!). Pomyśleć należy także o elastyczności systemu i oprócz standardowej procedury zawierania ubezpieczeń dotowanych, dać rolnikowi i ubezpieczycielowi możliwość dowolnego kształtowania składki, bez zagrożenia utraty przewidzianej przez państwo dotacji. Warto zastanowić się również nad procedurą wyboru towarzystw ubezpieczeniowych obsługujących ubezpieczenia dotowane. Czy nie byłoby pożądanym ograniczenie do minimum (2 lub nawet 1) ich liczby lub/i powierzenie obsługi tych ubezpieczeń tzw. towarzystwom ubezpieczeń wzajemnych, tradycyjnie powiązanych ze środowiskiem rolniczym. Ubezpieczalnie wzajemne są z założenia organizacjami non profit. Nadwyżka składki nad wypłaconymi odszkodowaniami przeznaczana mogłaby być na działania prewencyjne w środowisku wiejskim, ja to nazywam tzw. reasekuracją agrotechniczną (np. zabezpieczenia przeciwpowodziowe, zakup deszczowni, dofinansowanie straży pożarnej, czy melioracji). Ubezpieczyciele działający w formie spółek akcyjnych muszą natomiast generować zyski dla akcjonariuszy. W tym przypadku stanowi to 20-30% składki, które zmieniając optykę, staje się dodatkowym kosztem społeczny tego przedsięwzięcia. Warto tu skorzystać z doświadczeń krajów Unii Europejskiej, np. Hiszpanii, czy największej potęgi gospodarczej i rolnej - USA. Pomyśleć należałoby także o zwiększeniu budżetu na dotacje. Dotychczasowe kwoty oscylujące wokół 300 mln zł są niewystarczające. Szacuję, iż 800 mln zł pozwoliłoby na faktyczne "zaistnienie" ubezpieczeń dotowanych w Polsce na pożądaną skalę - oczywiście pod warunkiem nowelizacji ustawy. Jeśli natomiast pieniądze się nie znajdą, zmiany należy przeprowadzać nawet w kierunku ubezpieczania nakładów, jakie rolnik ponosi na założenie uprawy, a nie jak dziś wartości produktu finalnego. Tu oczywiście system powinien być mieszany, zależny od preferencji i zasobności kieszeni rolnika. Zrezygnować radziłbym również z przewidzianych w obecnym systemie kar dla rolników. Nie dość, że przypominają relikty PRL'u, to są tylko pustymi zapisami.

Mam nadzieję, iż powyższa zwięzła diagnoza oraz przedstawione przeze mnie propozycje zmian przyczynią się do twórczej dyskusji wśród polityków odpowiedzialnych za obecny kształt polskiego systemu dotowanych ubezpieczeń rolnych. Nowelizacja ustawy jest konieczna Życzyłbym sobie, aby z naszej rzeczywistości medialnej bezpowrotnie zniknęły żenujące obrazy zatroskanych polityków filmowanych na miejscu klęsk żywiołowych - a pytanie "Jak żyć panie premierze?" - zastąpione zostało pytaniem "Jak skutecznie i trwale usprawnić system, który zabezpieczy naszych rolników, aby mogli bezpiecznie produkować zdrową żywność".


Paweł Augustyn
Przewodniczący Komisji ds. ubezpieczeń majątkowych i osobowych w rolnictwie II kadencji