21-12-2016 r.

Tradycje Świąteczno-Noworoczne na staropolskiej wsi

Adwent i Święta Bożego Narodzenia to jedyny może okres w roku, kiedy sięgamy do starych obrzędów, dochowujemy tradycji, przestrzegamy – czasem bezwiednie – dawnych zwyczajów, z których wiele sięga jeszcze prastarych czasów. Sporo z nich wywodzi się jeszcze z obrzędów słowiańskich. Przetrwały po dzień dzisiejszy, świadcząc o tym, jak głęboko były one zakorzenione w tradycji naszych przodków, skoro i nasze pokolenie nawiązuje do nich jako najbardziej swojskiej tradycji. Najwięcej z owych pradawnych zwyczajów związanych z Godami przetrwało i żyje na polskiej wsi.

Dniem, w którym dawny obyczaj najbardziej wkracza do każdego polskiego domu, jest Wigilia. Chyba z żadnym innym dniem roku nasi przodkowie nie wiązali tylu zwyczajów, wierzeń i przesądów co z dniem 24 grudnia. W tym dniu ożywały prastare, pogańskie zapewne zwyczaje. A więc już od rana trzeba było starać się przeżyć jak najwięcej dobrych chwil – spełniać dobre uczynki, zasłużyć na pochwałę, usłyszeć miłe słowo ze strony kogoś bliskiego – miało to zapewnić pomyślność przez cały następny rok, w myśl powiedzenia „jaka Wilia, taki cały rok”. Zakochani pragnęli bodaj na moment spotkać się w Wigilię i zamienić ze sobą parę słów – oznaczało to, że ich miłość będzie trwać przynajmniej do następnej Wigilii. W wielu rejonach Polski wierzono, że ważne jest kto w wigilijny poranek wejdzie do domu jako pierwszy gość. Mężczyzna – a jeszcze lepiej życzliwy domownikom, bądź przynoszący jakiś podarek, zapewniał dostatek i pomyślność przez cały rok. W ten dzień starano się załagodzić wszelkie spory i nieporozumienia – nie można też było odepchnąć wyciągniętej do zgody ręki. Do wigilijnego stołu trzeba było zasiąść w pogodnym nastroju i ze spokojem w sercu.

Wigilijną wieczerzę rozpoczynano wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie, której wypatrywanie było zajęciem dzieci. W wiejskiej izbie, w czterech kątach lub w kącie od wschodniej strony, ustawiano nie wymłócone snopy zboża. Wokół stołu zasłanego białym obrusem, pod który wkładano siano, gromadzili się wszyscy domownicy. Pięknym staropolskim zwyczajem było zapraszanie na wieczerzę ludzi samotnych – nikt bowiem w ten szczególny wieczór nie powinien być opuszczony i samotny. Liczba biesiadników powinna być parzysta, aby nikt nie ubył z ich grona w ciągu roku. Jedno miejsce przy świątecznym stole zostawiano puste dla nieobecnych, a sercem bliskich i wciąż żywych w pamięci.

Uczta wigilijna składała się z dwunastu potraw - tylu, ilu było apostołów. Mięsa w ten wieczór nie jadano, nie żałowano sobie natomiast potraw z najrozmaiciej przyrządzanych ryb. Często, aby nie przekroczyć liczby dwunastu dań, za jedno danie uważano wszystkie potrawy rybne. Do przysmaków wigilijnych należał barszcz czerwony z grzybami (względnie z uszkami), zupa grzybowa, zupa migdałowa, kapusta z grochem i grzybami okraszona olejem lub masłem, grzyby namoczone w piwie, maczane w mące i smażone w oliwie, rozmaicie przyrządzane ryby (np. szczupak „na szaro” i „na żółto”, karp z migdałami na słodko, sandacz w galarecie, itp.), łamańce lub kluski z makiem, kompot z suszonych śliwek z dodatkiem cynamonu i skórki cytryny, makowe mleko czy kisiel migdałowy. Na Boże Narodzenie pieczono ogromne ilości słodkiego pieczywa, szczególnie zaś pierniki (miodowniki) oraz makaroniki. Nazajutrz po wigilii wolno już było spożywać mięso.

Przed wigilią, do której zasiadali wszyscy domownicy wraz ze służbą, dzielono się opłatkiem i składano sobie świąteczne życzenia. Zgodnie z tradycją, łamanie opłatka i wspólną modlitwę, rozpoczynał ojciec rodziny lub osoba najstarsza wiekiem. Łamanie się opłatkiem to zwyczaj jedyny w swoim rodzaju, znany w niewielu krajach świata. Dla wszystkich Polaków, zwłaszcza tych których los lub zawierucha wojenna rzuciły w dalekie strony, gest łamania opłatka był szczególnym symbolem – był znakiem ich łączności z bliskimi i ojczyzną. Do dziś zresztą wysyła się w listach kawałek opłatka, by zaznaczyć duchową łączność z bliskimi. Opłatek stał się symbolem jedności Polaków, pragnieniem zjednoczenia z bliskimi, choćby na odległość. Dzielenie się poświęconym opłatkiem zawsze było momentem szczególnie wzruszającym. W tej uroczystej chwili wybaczano sobie wzajemnie wszelkie urazy i przewiny, pieczętując zgodę pocałunkiem.

To, co podawano na wigilijny stół, miało swoje symboliczne znaczenie. Jagły i fasola symbolizowały związek z przyrodą i pieniądze, grzyby - związek z przyrodą, karp był symbolem zdrowia, karaski - płodności. Parzysta liczba pestek z wisien lub śliwek z wigilijnego kompotu wróżyła szczęście. Trzeba było jeść wszystkie dania wigilijne, bo kto ilu potraw nie skosztuje, tyle ominie go w roku przyjemności.

Po wieczerzy gospodarz dodawał do karmy dla swoich zwierząt po kawałeczku opłatka dla zapewnienia im zdrowia oraz pięknego przychówku. Wierzono, że o północy zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale podsłuchanie takiej rozmowy nie przynosiło szczęścia.

Typowo wigilijnym zwyczajem jest kładzenie siana pod obrus, którym nakrywa się świąteczny stół. W czasie wieczerzy młodzi wróżyli sobie „z siana” o swoim przyszłym losie. Sięgali więc, nie patrząc, pod obrus i wyciągali po jednym źdźble siana. Długie, zielone źdźbło oznaczało długie życie, powodzenie w miłości i rychły ślub, żółte i sczerniałe – choroby, niepowodzenie w miłości, pokrzyżowanie planów małżeńskich, zaś krótkie i złamane – staropanieństwo lub starokawalerstwo. Podobnie wróżono sobie z orzechów. Orzech pełny, o zdrowym jądrze był dobrą prognozą na przyszłość, odwrotnie niż pusty lub sczerniały. Nie brano oczywiście tych wróżb zbyt serio, lecz bawiono się przy tym doskonale.

Od stołu wstać można było dopiero po zakończeniu wieczerzy. Wówczas dziewczęta wychodziły przed dom i nadsłuchiwały – skąd zaszczeka pies, stamtąd zjawi się narzeczony. Także i poważni gospodarze i zacne gospodynie nie gardzili - chociaż w innym celu - tym rodzajem wróżby: dobrze było usłyszeć w ciszy mroźnej nocy rżenie konia, beczenie owiec czy ryk krowy – oznaczało to, że w gospodarstwie będzie się darzyć. Odwrotnie – miauczenie kota, pochrząkiwanie świń czy gęganie gęsi, nie było pomyślnym znakiem.

Trudno dziś wyobrazić sobie Świąt Bożego Narodzenia bez choinki, choć tradycja ta jest stosunkowo młoda. Prototypem przystrojonego drzewka była podłaziczka, czyli jodełka – świerkowy lub jodłowy wierzchołek, wiszący pod powałą, ozdobiony cackami z kolorowych opłatków. W domach szlacheckich i mieszczańskich tę dekorację świąteczną zastępowała piękna srebrna misa napełniona jabłkami, złoconymi orzechami i bakaliami. Choinka, zwana z początku hailekrystem przyjęła się na przełomie XVIII i XIX wieku – jako zwyczaj zapożyczony od niemieckiego mieszczaństwa osiadłego w Polsce za czasów saskich.

O północy wszyscy szli na Pasterkę. Często zaś, jako że nastrój panował już iście świąteczny i beztroski – płatano sobie najrozmaitsze figle. Przodowali w tych żartach krakowscy żacy.

Pierwszy dzień Świąt spędzano wesoło przy zastawionym suto stole. Aż do początków XIX wieku w ten właśnie dzień obdarowywano się wzajemnie prezentami („kolęda” to właśnie zwyczaj wzajemnego obdarowywania się). W dobie renesansu i baroku tradycyjnym podarkiem na kolędę dla wysoko postawionych osób była srebrna misa, pełna cytryn lub pomarańczy. Przesyłano sobie również głowy cukru owinięte w kolorowy papier, puszki z przyprawami korzennymi czy flakony z wonnościami. Konkurenci obdarowywali przy tej okazji panny sztuką atłasu czy jedwabiu, a żony mężów – pięknie haftowanymi pasami czy własnoręcznie uszytymi koszulami. Zwyczaj ofiarowania podarków w Wigilię jest dużo późniejszy – przez długie wieki w dzień ten dawano prezenty tylko czeladzi, natomiast dzieci dostawały słodycze rankiem 28 grudnia – w święto Młodzianków.

Zanika niestety, piękny i znany już w XVII wieku, zwyczaj odwiedzania domów przez kolędników, niosących kolorową gwiazdę. „Po kolędzie” chodziła młodzież wiejska, żacy, bakałarze, organiści i sami księża. Szli od domu do domu śpiewając pieśni i składając życzenia domownikom – za co otrzymywali datki w pieniądzach i w naturze. Zresztą już w Adwencie trwała swoista świąteczna akwizycja. Po domach chodzili organiści, kościelni lub bracia zakonni – kwestarze, którzy roznosili opłatek, zbierając tym sposobem ofiary na utrzymanie klasztoru. Obecnie zwyczaj ten, tu i ówdzie, jeszcze się utrzymuje, choć już coraz częściej opłatek można nabyć w zakrystii czy kruchcie kościoła.

Drugi dzień Świąt również miał swoją specyfikę i swoje tradycje. „Na Święty Szczepan – każdy sobie pan” mówiło stare porzekadło. W ten dzień bowiem godzono się do służby na następny rok, wygasały dawne umowy, a nowe obowiązywały dopiero od następnego ranka. Stąd po gospodach odbywały się zabawy domowej czeladzi. W drugi dzień Świąt, po nabożeństwach obsypywano się przed kościołem owsem – miało to przynieść szczęście na cały następny rok.

Wieczory pomiędzy Bożym Narodzeniem a Trzema Królami, nazywano szczodrymi lub świętymi. Upływały one na wzajemnym odwiedzaniu się, śpiewaniu kolęd i pastorałek oraz wesołych i zabawnych pieśni. Wierzono też, że ludzie urodzeni w tym czasie są weseli, lubią zabawy i mają w sobie więcej życiowej energii niż inni. Do wrót wiejskich chat i bram dworskich pukali wówczas przebierańcy. Ubrani w kożuchy włosem na wierzch, w maskach wilków, niedźwiedzi czy kóz – straszyli dziewczęta i dzieci oraz zabawiali towarzystwo opowiadaniem uciesznych historyjek i wesołymi pieśniami. Zwyczaj chodzenia z szopką rozpowszechnił się na przełomie XVII i XVIII wieku. Wtedy też zaczęto urządzać, nieraz z wielkim przepychem, przedstawienia jasełkowe w kościołach. Krakowskie szopki są często prawdziwymi arcydziełami sztuki ludowej. W polskiej szopce oprócz postaci religijnych, występowało wiele figurek pokazujących przedstawicieli poszczególnych warstw życia społecznego. Byli więc: chłopi, mieszczanie, kupcy, szlachta, mnisi czy Żydzi.

Polskie kolędy, często bardzo stare, należą do klejnotów pieśni ludowej i religijnej. Spotykamy wśród nich melodie taneczne w rytmie mazurka, oberka, krakowiaka i poloneza, w tekstach zaś akcenty patriotyczne, społeczne czy humorystyczne. Dla wielu Polaków żyjących z daleka od kraju, kolędy były i są nadal wzruszającym symbolem polskości.

Nowy Rok był dniem składania życzeń – w XIX wieku ludzie prowadzący bardziej światowy tryb życia, spędzali czas od rana do późnego wieczora na odwiedzaniu zaprzyjaźnionych domów. Wizyta noworoczna była ceremonialna i krótka. Gość w wizytowym stroju składał życzenia, przyjmował z rąk pani domu kieliszek nalewki, przegryzał piernikiem i po 15 minutach żegnał się pędząc na dalsze wizyty. Nie pojawienie się w ten dzień w domu przyjaciół lub bodaj nie pozostawienie biletu wizytowego uchodziło za wielki nietakt, a nawet podstawę do ochłodzenia stosunków.

Szczęścia i zdrowia życzyli sobie w ten dzień nie tylko krewni i przyjaciele, ale również specjalni posłańcy, listonosze, kominiarze czy firmy handlowe, roznosząc po domach okolicznościowe laurki. Co bardziej zamożni kupcy wysyłali stałym klientom upominki w rodzaju butelki dobrego wina, paczek z kawą, herbatą czy bakaliami. Był to niezwykle miły gest, który zachęcał przy okazji do dalszej współpracy, i może warto byłoby go reaktywować.

Staropolskie tradycje, związane ze Świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem są tak barwne i ciekawe, że nie powinny być zapomniane. Wiele z nich, jak zapraszanie na Wigilię osób samotnych czy wzajemne odwiedzanie się w czasie świątecznym, warto ciągle kultywować.

Opracowanie: Grzegorz Wysocki
Literatura:
B. Wernichowska „Dni Godami zwane”; J. Uryga „Z opłatkiem w ręku”; M. Lemnis, H. Vitry „Książka kucharska dla samotnych i zakochanych”; M. Lemnis, H. Vitry „W staropolskiej kuchni”.

Powrót