20-12-2017 r.

W świątecznym nastroju


Chyba żadne inne święta nie mają tylu tradycji i nie są tak ciepło wspominane, jak Święta Bożego Narodzenia, zwane niegdyś po staropolsku – Godami. Są to dni pełne rodzinnej miłości, domowego ciepła, woni smacznych potraw i zapachu leśnego igliwia – czas kiedy przebaczamy sobie wszystkie urazy, gdy wspominamy nieobecnych, a cieszymy się bliskością drogich nam osób. Świętowanie rozpoczyna się, choć jeszcze postnie, od Wigilii. Dla dzieci jest to chyba najpiękniejszy wieczór w roku, kiedy to atmosfera baśni urzeczywistnia się na parę godzin, w blasku różnobarwnych światełek choinki, pod którą kochające ręce położyły dla wszystkich prezenty – takie, na jakie kogo stać. Ale najskromniejszy nawet dar posiada w ten wieczór wartość wyjątkową, stając się symbolem łączącej ludzi miłości i przyjaźni.


Adwent i Święta Bożego Narodzenia to jedyny może okres w roku, kiedy sięgamy do starych obrzędów, dochowujemy tradycji, przestrzegamy – czasem bezwiednie – dawnych zwyczajów, z których wiele sięga jeszcze prastarych czasów. Sporo z nich wywodzi się jeszcze z obrzędów słowiańskich. Przetrwały po dzień dzisiejszy, świadcząc o tym, jak głęboko były one zakorzenione w tradycji naszych przodków, skoro i nasze pokolenie nawiązuje do nich, jako najbardziej swojskiej tradycji. Najwięcej z owych pradawnych zwyczajów związanych z Godami przetrwało i żyje na polskiej wsi, choć i miasto niektóre z nich zachowało.

Dniem, w którym dawny obyczaj najbardziej wkracza do każdego polskiego domu, jest Wigilia. Chyba z żadnym innym dniem roku nasi przodkowie nie wiązali tylu zwyczajów, wierzeń i przesądów co z dniem 24 grudnia. W tym dniu ożywały prastare, pogańskie zapewne zwyczaje. A więc już od rana trzeba było starać się przeżyć jak najwięcej dobrych chwil – spełniać dobre uczynki, zasłużyć na pochwałę, usłyszeć miłe słowo ze strony kogoś bliskiego – miało to zapewnić pomyślność przez cały następny rok, w myśl powiedzenia „jaka Wilia, taki i cały rok”. Zakochani pragnęli bodaj na moment ujrzeć w Wigilię obiekt swych uczuć i zamienić z nim (czy z nią) parę słów – oznaczało to, że ich miłość będzie trwać przynajmniej do następnej Wigilii. W wielu rejonach Polski wierzono, że ważne jest kto w wigilijny poranek wejdzie do zagrody jako pierwszy gość. Mężczyzna – a jeszcze lepiej życzliwy domownikom, bądź przynoszący jakiś podarek, zapewniał dostatek i pomyślność przez cały rok. W dzień ten starano się załagodzić wszelkie spory i nieporozumienia – nie można też było odepchnąć wyciągniętej do zgody ręki. Do wigilijnego stołu trzeba było zasiąść w pogodnym nastroju i ze spokojem w sercu.


Wigilijną wieczerzę rozpoczynano wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie, której wypatrywanie było zajęciem dzieci. W wiejskiej izbie, w czterech kątach lub w kącie od wschodniej strony, ustawiano nie wymłócone jeszcze snopy zboża. Wokół stołu zasłanego białym obrusem, pod który wkładano siano, gromadzili się wszyscy domownicy. Pięknym staropolskim zwyczajem było zapraszanie na wieczerzę ludzi samotnych – nikt bowiem w ten szczególny wieczór nie powinien być opuszczony i samotny. Liczba biesiadników powinna być parzysta, aby nikt nie ubył z ich grona w ciągu roku. Jedno miejsce przy świątecznym stole zostawiano puste dla nieobecnych, a sercem bliskich i wciąż żywych w pamięci.

Uczta wigilijna składała się z dwunastu potraw – tylu, ilu było apostołów. Mięsa w ten wieczór nie jadano, nie żałowano sobie natomiast potraw z rozmaicie przyrządzanych ryb. Często, aby nie przekroczyć liczby dwunastu dań, za jedno danie uważano wszystkie potrawy rybne. Do przysmaków wigilijnych należał barszcz czerwony z grzybami (względnie z uszkami), zupa grzybowa, zupa migdałowa, kapusta z grochem (fasolą) i grzybami okraszona olejem lub masłem, grzyby namoczone w piwie, maczane w mące i smażone w oliwie, rozmaicie przyrządzane ryby (np. szczupak „na szaro” i „na żółto”, karp z migdałami na słodko, sandacz w galarecie, itp.), łamańce lub kluski z makiem, kompot z suszonych śliwek z dodatkiem cynamonu i skórki cytryny, makowe mleko czy kisiel migdałowy. Na Boże Narodzenie pieczono ogromne ilości słodkiego pieczywa, szczególnie zaś pierniki (miodowniki), makowce (strucle) i makaroniki. Nazajutrz po wigilii wolno już było spożywać mięso.


Przed wigilią, do której zasiadali wszyscy domownicy wraz ze służbą, dzielono się opłatkiem i składano sobie świąteczne życzenia. Zgodnie z tradycją, łamanie opłatka i wspólną modlitwę, rozpoczynał ojciec rodziny lub osoba najstarsza wiekiem. Łamanie się opłatkiem to zwyczaj jedyny w swoim rodzaju, znany w niewielu zaledwie krajach świata. Dla wszystkich Polaków, zwłaszcza tych których los lub zawierucha wojenna rzuciły w dalekie strony, gest łamania opłatka był szczególnym symbolem – był znakiem ich łączności z bliskimi i ojczyzną. Do dziś zresztą wysyła się w listach kawałek opłatka, by zaznaczyć duchową łączność z bliskimi. Opłatek stał się symbolem jedności Polaków, pragnieniem zjednoczenia z bliskimi, choćby na odległość. Oblewany nieraz łzami tęsknoty i żalu, stanowił dla polskiej duszy symbol jedyny i niepowtarzalny. Dzielenie się poświęconym opłatkiem zawsze było momentem szczególnie wzruszającym. W tej uroczystej chwili wybaczano sobie wzajemnie wszelkie urazy i przewiny, pieczętując zgodę pocałunkiem. Wspaniale oddaje tą atmosferę wiersz Wacława Rolicza-Liedera:

„Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny,
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.
Kiedy ojciec z talerza podnosi chleb biały,
Zbierając w krąg domowych, na ten rozkaz niemy,
Wszyscy się podnosimy, i duży, i mały,
Wszyscy się obręczamy i wszyscy płaczemy...”

To, co podawano na wigilijny stół, miało swoje symboliczne znaczenie. Jagły i fasola symbolizowały związek z przyrodą i pieniądze, grzyby – związek z przyrodą, karp był symbolem zdrowia, karaski – płodności. Parzysta liczba pestek z wiśni lub śliwek z wigilijnego kompotu wróżyła szczęście. Trzeba zjeść wszystkie dania wigilijne, bo kto ilu potraw nie skosztuje, tyle ominie go w roku przyjemności.

Po wieczerzy zaś tu i ówdzie utrzymał się stary zwyczaj, że gospodarz dodawał do karmy dla swoich zwierząt po kawałeczku opłatka dla zapewnienia im zdrowia oraz pięknego przychówku. Wierzono, że o północy zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale podsłuchanie takiej rozmowy nie przynosiło szczęścia. W wielu domach z dziada pradziada przekazywana jest legenda o tym, jak to pewien parobek usłyszał rozmowę wołów. Były one pod jego opieką, jednak niezbyt o nie dbał. Z lenistwa nie dawał im jedzenia, a czasami nawet bił, kiedy zwierzęta nie mogły uciągnąć ładunku ponad ich siły. Podczas wieczerzy parobek usłyszał o tym, jakoby zwierzęta miały mówić ludzkim głosem, dlatego postanowił to sprawdzić. W wigilię po raz kolejny nie dał wołom jedzenia, a w nocy zakradł się do obory i położył pod sianem. O północy woły zaczęły ze sobą rozmawiać. Mówiły o złym traktowaniu, o braku paszy w korycie, po czym jeden z wołów odezwał się do drugiego:
– Słuchaj – wiesz może, co będziemy robić jutro?
– Zapewne pojedziemy po deski na trumnę dla parobka!
W tym momencie parobek tak mocno się przestraszył, że zmarł na miejscu. Na drugi dzień znaleziono jego ciało, a ludzie z okolicy twierdzili, że idąc na pasterkę słyszeli jakieś głosy. Mówi się, że w wigilię głos zwierząt jest zaczarowany i nie wolno go usłyszeć, bo inaczej może przydarzyć się nieszczęście…

Typowo wigilijnym zwyczajem jest kładzenie siana pod obrus, którym nakrywa się świąteczny stół. W czasie wieczerzy młodzi wróżyli sobie „z siana” o swoim przyszłym losie. Sięgali więc, nie patrząc, pod obrus i wyciągali po jednym źdźble siana. Długie zielone źdźbło oznaczało długie życie, powodzenie w miłości i rychły ślub, żółte i sczerniałe – choroby, niepowodzenie w miłości, pokrzyżowanie planów małżeńskich, zaś krótkie i złamane – staropanieństwo lub starokawalerstwo. Podobnie wróżono sobie z orzechów. Orzech pełny, o zdrowym jądrze był dobrą prognozą na przyszłość, odwrotnie niż pusty lub sczerniały. Nie brano oczywiście tych wróżb zbyt na poważnie, ale bawiono się przy tym doskonale. Od stołu wstać było można dopiero po zakończeniu wieczerzy. Wówczas dziewczęta wychodziły przed dom i nadsłuchiwały – skąd zaszczeka pies, stamtąd zjawi się narzeczony. Także i poważni gospodarze i zacne gospodynie nie gardzili – chociaż w innym celu, tym rodzajem wróżby: dobrze było usłyszeć w ciszy mroźnej nocy rżenie konia, beczenie owiec czy ryk krowy – oznaczało to, że w gospodarstwie będzie się darzyć. Odwrotnie – miauczenie kota, pochrząkiwanie świń czy gęganie gęsi, nie było pomyślnym znakiem.

Trudno dziś wyobrazić sobie Świąt Bożego Narodzenia bez choinki, choć tradycja ta jest stosunkowo młoda. Prototypem przystrojonego drzewka była niedawna podłaziczka, czyli jodełka – świerkowy lub jodłowy wierzchołek, wiszący pod powałą, ozdobiony cackami z kolorowych opłatków czy papieru. W domach szlacheckich i mieszczańskich tę dekorację świąteczną zastępowała piękna srebrna misa napełniona jabłkami, złoconymi orzechami i bakaliami. Choinka, zwana z początku hailekrystem przyjęła się na przełomie XVIII i XIX wieku – jako zwyczaj zapożyczony od niemieckiego mieszczaństwa osiadłego w Polsce za czasów saskich.


O północy wszyscy szli na Pasterkę. Często zaś, jako że nastrój panował już iście świąteczny i beztroski – płatano sobie najrozmaitsze figle. Przodowali w tych żartach krakowscy żacy. Po powrocie z pasterki co bardziej niecierpliwi – folgowali sobie już na całego przy świątecznym stole.

Pierwszy dzień Świąt spędzano rodzinnie, przy suto zastawionym stole. Aż do początków XIX wieku w ten właśnie dzień obdarowywano się wzajemnie prezentami („kolęda” to właśnie zwyczaj wzajemnego obdarowywania się). W dobie renesansu i baroku tradycyjnym podarkiem na kolędę dla wysoko postawionych osób była srebrna misa, pełna cytryn lub pomarańczy. Przesyłano sobie również głowy cukru owinięte w kolorowy papier, puszki z przyprawami korzennymi, czy flakony z wonnościami. Konkurenci obdarowywali przy tej okazji panny sztuką atłasu czy jedwabiu, a żony mężów – pięknie haftowanymi pasami, czy własnoręcznie uszytymi koszulami. Zwyczaj ofiarowania podarków w Wigilię jest dużo późniejszy – przez długie wieki w dzień ten dawano prezenty tylko czeladzi, natomiast dzieci dostawały słodycze rankiem 28 grudnia – w święto Młodzianków.

Zanika niestety, piękny i znany już w XVII wieku, zwyczaj odwiedzania domów przez kolędników, niosących kolorową gwiazdę. „Po kolędzie” chodziła grupami młodzież wiejska (w Wielkopolsce „gwiazdory” lub „wiliorze”), żacy, bakałarze, organiści i sami księża. Szli od domu do domu śpiewając radosne pieśni i składając życzenia domownikom – za co otrzymywali datki w pieniądzach i w naturze. Zresztą już w Adwencie trwała swoista świąteczna akwizycja. Po domach chodzili organiści, kościelni lub bracia zakonni – kwestarze, którzy roznosili opłatek, zbierając tym sposobem ofiary na utrzymanie klasztoru. Obecnie zwyczaj ten, tu i ówdzie, jeszcze się utrzymuje, choć już coraz częściej opłatek można nabyć w zakrystii, czy kruchcie kościoła.

Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia również miał swoją specyfikę i swoje tradycje. „Na Święty Szczepan – każdy sobie pan” mówiło stare porzekadło. W ten dzień bowiem godzono się do służby na następny rok, wygasały dawne umowy, a nowe obowiązywały dopiero od następnego ranka. Stąd po gospodach odbywały się zabawy domowej czeladzi. W drugi dzień Świąt, po nabożeństwach obsypywano się przed kościołem owsem – miało to przynieść szczęście na cały następny rok.

Wieczory pomiędzy Bożym Narodzeniem a Trzema Królami, nazywano szczodrymi lub świętymi. Upływały one na wzajemnym odwiedzaniu się, śpiewaniu kolęd i pastorałek oraz wesołych i zabawnych pieśni. Wierzono też, że ludzie urodzeni w tym czasie są weseli, lubią zabawy i mają w sobie więcej życiowej energii niż inni. Do wrót wiejskich chat i bram dworskich pukali wówczas przebierańcy. Ubrani w kożuchy włosem na wierzch, w maskach wilków, niedźwiedzi czy kóz – straszyli dziewczęta i dzieci oraz zabawiali towarzystwo opowiadaniem uciesznych historyjek i śpiewaniem wesołych pieśni. Zwyczaj chodzenia z szopką rozpowszechnił się na przełomie XVII i XVIII wieku. Wtedy też zaczęto urządzać, nieraz z wielkim przepychem, przedstawienia jasełkowe w kościołach. Krakowskie szopki są często prawdziwymi arcydziełami sztuki ludowej. W polskiej szopce oprócz postaci religijnych, występowało wiele figurek pokazujących przedstawicieli poszczególnych warstw życia społecznego. Byli więc: chłopi, mieszczanie, kupcy, szlachta, mnisi czy Żydzi.


Polskie kolędy, często bardzo stare, należą do klejnotów pieśni ludowej i religijnej. Spotykamy wśród nich melodie taneczne w rytmie mazurka, oberka, krakowiaka i poloneza, w tekstach zaś akcenty patriotyczne, społeczne czy humorystyczne. Dla wielu Polaków żyjących z daleka od kraju, kolędy były i są nadal wzruszającym symbolem polskości.

Nowy Rok był dniem składania życzeń – w XIX wieku ludzie prowadzący bardziej światowy tryb życia, spędzali czas od rana do późnego wieczora na odwiedzaniu zaprzyjaźnionych domów. Wizyta noworoczna była ceremonialna i krótka. Gość w wizytowym stroju składał życzenia, przyjmował z rąk pani domu kieliszek nalewki, przegryzał piernikiem i po 15 minutach żegnał się, pędząc na dalsze wizyty. Nie pojawienie się w ten dzień w domu przyjaciół lub bodaj nie pozostawienie biletu wizytowego uchodziło za wielki nietakt, a nawet podstawę do ochłodzenia stosunków.

Szczęścia i zdrowia życzyli sobie w ten dzień nie tylko krewni i przyjaciele, ale również specjalni posłańcy, listonosze, kominiarze czy firmy handlowe, roznosząc po domach okolicznościowe laurki. Co bardziej zamożni kupcy wysyłali stałym klientom upominki w rodzaju butelki dobrego wina, paczek z kawą, herbatą czy bakaliami. Był to niezwykle miły gest, który zachęcał przy okazji do dalszej współpracy, i może warto byłoby go reaktywować? Staropolskie tradycje, związane ze Świętami Bożego Narodzenia są tak barwne i ciekawe, że nie powinny być zapomniane. Wiele z nich, jak zapraszanie na Wigilię osób samotnych, czy wzajemne odwiedzanie się w czasie świątecznym, ciągle warto kultywować.

Wszystkim polskim rolnikom najlepsze życzenia świąteczne – zdrowia, zgody, wzajemnej życzliwości oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku!

„Z Wami się łamię dziś opłatkiem białym.
Z Wami, którzy w życia ciężkim trudzie
Orzecie ziemi naszej zagon twardy,
Czystego serca i uczynków ludzie”(...)

Opracowanie: Grzegorz Wysocki

W artykule wykorzystano następujące materiały: „Dni Godami zwane” – Bogna Wernichowska; „Z opłatkiem w ręku” – Jan Uryga; „Książka kucharska dla samotnych i zakochanych” – Maria Lemnis, Henryk Vitry; „W staropolskiej kuchni” – Maria Lemnis, Henryk Vitry.

Przysłowia na Boże Narodzenie:
Koło świętej Ewy (24) noś długie cholewy.
Jeśli dzień Wigilijny (24) pogodny, będzie roczek urodny.
Wigilia piękna, a jutrzenka jasna, będzie stodoła ciasna.
Jak we Wilią z dachu ciecze, zima się długo przewlecze.
Jak w Wigilię gwiazdy świecą, kury dobrze jajka niesą.
Słota w dzień Adama i Ewy, zabezpiecz od zimna cholewy.
Gdy w dzień Adama i Ewy mróz i pięknie, zima wcześnie pęknie.
Gdy w Narodzenie pogodnie, będzie tak cztery tygodnie.
Jakiś w Wigilię, takiś cały rok.
W dzień Adama i Ewy daruj bliźnim gniewy.
Pogoda na wigilię Narodzenia, do Nowego Roku się nie zmienia.
Jak się Adam z Ewą zgłosi, tak się koniec grudnia nosi.
Na Adama i Ewy, dobre bydłu i plewy.
Adam i Ewa pokazują, jaki styczeń i luty po nich następują.
Na Pasterkę po wodzie, Alleluja po lodzie.
Choćby cebulę, ale dawaj łaskawie.
Gdy w Boże Narodzenie (25) pola są zielone, na Wielkanoc będą śniegiem przywalone.
Gdy choinka tonie w wodzie, jajko toczy się po lodzie.
Gdy pola zielone, jak się Chrystus rodzi, Wielkanocnym Świętom śnieg pewnie zaszkodzi.
W jakim blasku Bóg się rodzi, w takim cały styczeń chodzi.
Gdy na Gody bardzo biało, wiosną śniegu jest niemało.
Jak przymrozki na Szczepana (26), będzie wiosna od Damiana (27.02).
Szczepan mroźny, luty groźny.
Jaka pogoda w Szczepana panuje, taka na luty nam się szykuje.
Jeśli w pierwszy dzień po Narodzeniu dopiekało, będzie zima długo białą.
Na świętego Szczepana bywa błoto po kolana.
W dzień świętego Szczepana rzucają owsem w kapłana.
Gdy na Szczepana błoto po kolana, na Zmartwychwstanie wytoczym sanie.
Pogoda marcowa, taka sama jak i Szczepanowa.
Pogodę wróżono na cały rok licząc kolejne 12 dni od Szczepana, który odpowiadał styczniowi.

Powrót